Pinsa Biedronka – brzmi jak nazwa włoskiego bossa mafijnego od ciasta, prawda? Tymczasem to nie groźny don pizzaiolo, a całkiem przyjazna nowość (choć już nie taka świeżutka!) w ofercie sieci Biedronka. Jeśli do tej pory omijałeś ją szerokim łukiem, bo nie wiesz czym różni się od klasycznej pizzy – spieszę z pomocą. Oto niezobowiązujący, humorystyczny przewodnik po tym, czym pinsa jest, z czego się składa, czy warto ją w ogóle zjadać i co sądzi o niej lud – czyli konsumenci z Internetu.

Co to w ogóle jest ta pinsa?

Zanim zaczniesz podejrzewać, że pinsa to po prostu literówka od pizza, wiedz, że to w pełni świadomy zabieg – a za nazwą kryje się tysiącletnia tradycja. Pinsa pochodzi z antycznego Rzymu, a jej nazwa wywodzi się od łacińskiego „pinsere”, co oznacza „rozciągać, zgniatać”. Brzmi nieco dramatycznie, ale chodzi po prostu o sposób przygotowania ciasta: dłuższe wyrabianie, większa lekkość, większe bąbelki, no i przede wszystkim inna mieszanka mąk. Klasyczna pinsa zawiera mąkę pszenną, ryżową i sojową – czyli miks, który skutkuje ciastem delikatnym, lekkostrawnym i nieco bardziej chrupiącym niż klasyczna pizza ze Sycylijskiej Trójcy Glutenu.

Skład – z czym to się je?

Załóżmy, że trafiasz do Biedronki szukać czegoś na szybko, z nadzieją, że nie skończysz znów na roladach w panierce. I oto ona – pinsa biedronka, pięknie opakowana, kusząca zdjęciem. A co w środku? To zależy od wariantu: w ofercie możemy trafić na klasyczne kompozycje z mozzarellą, pomidorami oraz szynką, ale także bardziej fantazyjne z grillowanym kurczakiem czy rukolą. Jednak to, co odróżnia pinsę od jej bardziej znanej kuzynki, to spód – cieniutki, bąbelkowy, sprężysty, choć często przez klientów podkreślany jako „nieco gumowaty” po odpieku w piekarniku domowym.

W składzie znajdziemy zazwyczaj: mąkę pszenną, ryżową, sojową, wodę, sól, oliwę z oliwek i drożdże. Bez niespodzianek, choć warto zwrócić uwagę na konserwanty – bo jednak mówimy o produkcie gotowym do podgrzania, nie świeżo wyrabianym przez uśmiechniętego Włocha w małej trattorii pod Rzymem.

Kwestia smaku – czy to naprawdę różnica?

Dla niektórych różnica jest jak między Colą a Pepsi – czyli wyczuwalna tylko dla wtajemniczonych. Ale są też tacy, którzy twierdzą, że pinsa to zupełnie nowy level wygodnej kuchni włoskiej. Lżejsze ciasto, delikatne przypiekanie, dodatki nieprzytłoczone sosem – to może smakować! Z drugiej strony – jeśli oczekujesz ciągnącego się tłustego sera i grubego spodu, możesz… poczuć zawód. Ale może właśnie o to chodzi: żeby raz na jakiś czas zjeść coś „innego niż pizza, ale dalej smakującego jak pizza”. A to, drogi Czytelniku, to sztuka godna kulinarnego alchemika.

Co mówią klienci – czyli kapsuła szczerości z Internetów

Recenzje są jak burza marcowa – pełne sprzeczności: jedni chwalą, inni wysyłają pinsę na emigrację. Wielu klientów zachwyca się chrupiącym brzegiem – „jak z włoskiej pizzerii”, piszą. Inni kręcą nosem na zbyt cienkie ciasto i fakt, że po podgrzaniu pinsa staje się nieco mokra. Ale bądźmy szczerzy – mówimy o produkcie za kilkanaście złotych, który można wrzucić do pieca i po 10 minutach zjeść imitację pizzy z Rzymu. Czy to źle?

Na forach internetowych dominują słowa takie jak „zaskakująco dobra”, „lepsza niż mrożonki” oraz „świetna na leniwy wieczór filmowy”. Nawet sceptycy przyznają, że dla gotowego produktu z sieciówki to jeden z lepszych hitów ostatnich sezonów. A jeśli masz wątpliwości, co z nią zrobić w kuchni – blogerzy już podpowiadają przepisy, sposoby odpieczenia i triki, jak dopieścić ją do wersji premium. O tym wszystkim możesz przeczytać klikając pinsa biedronka.

Jak upiec, żeby nie zepsuć?

Diabeł tkwi w szczegółach – czyli w piekarniku. Najczęściej pinsa biedronka ma na opakowaniu jasne wytyczne: piec w 220–250°C przez 8–10 minut. Ale życie uczy, że warto dać jej kilka minut więcej, a wcześniej nagrzać blachę – wtedy podpieczesz spód, unikając efektu „mokrego skarpeta edition”. Opcjonalnie dorzucenie kilku plasterków szynki parmeńskiej po wyjęciu z pieca i garści rukoli robi z niej coś, co spokojnie mogłoby znaleźć się w menu casualowej knajpki w centrum. I to za pół ceny!

Na koniec – czy z pinsy wyrośnie nowa królowa mrożonych posiłków? Może nie, ale za to zyskała już lojalnych fanów, którzy przy każdym wypadzie do Biedronki łypią w stronę chłodni sprawdzając, czy jest na stanie. W kategorii „smak za rozsądną cenę” to propozycja jak znalazł. A że włoskie korzenie, to też łatwiej wytłumaczyć przed samym sobą, że zjadłeś kolejną. W końcu to nie pizza – to pinsa. I jak na produkt dostępny w dyskoncie, jest naprawdę zalotna.