Każdy ma swój mały, słodko-wstydliwy sekret: film, który ogląda się po raz dziesiąty „tylko dla żartu”, piosenkę, której refren zna się na pamięć mimo usilnych prób bycia cool, albo przekąskę, po którą sięga się o drugiej w nocy z miną niewiniątka. Właśnie tak działa guilty pleasure — przyjemność, której trochę się wstydzimy, ale której absolutnie nie zamierzamy oddać bez walki. Bo choć internet nauczył nas udawać gust wyrafinowany jak kawiarnia z cenami w dolarach, serce i tak często wybiera coś zupełnie innego. I bardzo dobrze.
Guilty pleasure – co to znaczy?
Najprościej mówiąc, guilty pleasure to coś, co sprawia nam ogromną frajdę, mimo że uważamy to za „mało ambitne”, „kiczowate” albo „nie do końca poważne”. W teorii powinniśmy wzruszać się kinem autorskim, słuchać niszowych albumów i jeść sałatki z jarmużu o smaku pokory. W praktyce? Zdarza się, że największą radość daje nam film, w którym fabuła trzyma się na taśmie klejącej, przebój z wakacji 2008 albo chipsy jedzone prosto z paczki na kanapie. To właśnie magia guilty pleasure: niby wiemy, że „nie wypada”, a jednak robimy to z uśmiechem.
Warto dodać, że dziś pojęcie to ma znacznie lżejszy wydźwięk niż kiedyś. Kiedyś guilty pleasure brzmiało niemal jak spowiedź. Dziś to raczej sympatyczne mrugnięcie okiem do własnych słabości. I całe szczęście, bo życie byłoby podejrzanie nudne, gdybyśmy wszyscy udawali, że jedyną słuszną rozrywką jest trzygodzinny film w czerni i bieli o milczących intelektualistach patrzących przez okno.
Najpopularniejsze guilty pleasure w filmach
W kinie guilty pleasure najczęściej przybiera formę produkcji, które ogląda się nie dlatego, że są dziełami sztuki, lecz dlatego, że dają czystą, bezczelną frajdę. Na liście faworytów królują romanse z przewidywalnym finałem, komedie romantyczne z lat 2000., filmy katastroficzne, w których Ziemia rozpada się na pół, a bohater ma tylko jedną szansę i bardzo dobry żel na włosy. Do tego dochodzą melodramaty, które każą nam płakać nad problemami ludzi o idealnych fryzurach i apartamentach większych niż nasze marzenia.
Nie sposób pominąć też klasyki w stylu „tak złe, że aż dobre”: produkcje pełne absurdalnych dialogów, przesadnej gry aktorskiej i efektów specjalnych, które dziś wywołują bardziej śmiech niż dreszcze. A jednak ogląda się je z wielką przyjemnością. Dlaczego? Bo w filmowym guilty pleasure nie chodzi o perfekcję, tylko o emocje. Jeśli bohater wbiega w płonący budynek w zwolnionym tempie, a my kibicujemy mu z popcornem w dłoni, to znaczy, że cel został osiągnięty.
Muzyczne guilty pleasure, czyli czego słuchamy „tylko chwilę”
Muzyka to prawdziwe pole do guilty pleasure, bo tu najłatwiej złapać się na gorącym uczynku. Z jednej strony deklarujemy miłość do ambitnych brzmień, z drugiej — kiedy tylko usłyszymy intro tanecznego hitu sprzed lat, noga zaczyna sama wybijać rytm. Do najpopularniejszych muzycznych guilty pleasure należą popowe hity, które kiedyś podbijały listy przebojów i nadal potrafią rozruszać każdy parkiet. Są też ballady, których tekst znamy do ostatniej sylaby, choć nigdy nie przyznalibyśmy się do tego publicznie.
W tej kategorii bezkonkurencyjne są piosenki „na poprawę nastroju”: energetyczne, wpadające w ucho i trochę zbyt chwytliwe, by je ignorować. To te utwory, które po pierwszym odsłuchu mówisz sobie: „nigdy więcej”, a po trzecim nucisz w kolejce do piekarni. Muzyczne guilty pleasure są jak frytki — może nie udają pełnowartościowej kolacji, ale i tak znikają w sekundę. I nie ma w tym nic złego. Czasem najlepsza playlista to taka, która nie pyta o gust, tylko od razu odpala refren.
Guilty pleasure na talerzu: jedzenie, któremu nie sposób się oprzeć
Jeśli istnieje obszar, w którym guilty pleasure ma się wyjątkowo dobrze, to zdecydowanie jest nim jedzenie. Tu logika przegrywa z apetytem już na starcie. Oczywiście mówimy, że będziemy „jeść zdrowo”, ale potem pojawia się pizza z dodatkowym serem, burger z sosem, który nie mieści się w żadnym rozsądnym pojęciu umiaru, albo czekolada „na jedną kostkę”, która cudownie znika całym opakowaniem. Do tego dochodzą słodycze z dzieciństwa, chrupiące przekąski i wszystko to, co najlepiej smakuje po godzinie 21:00.
W kulinarnym świecie guilty pleasure często mają postać jedzenia prostego, tłustego i absolutnie pocieszającego. To klasyczne comfort food: makaron z serem, nuggetsy, gofry z bitą śmietaną, frytki maczane w sosie „na wszelki wypadek” i lody jedzone zimą pod kocem. Nie chodzi tu o dietetyczne ideały, tylko o chwilę czystej przyjemności. A przecież czasem właśnie tego potrzebujemy najbardziej: czegoś, co nie udaje superfoods, ale za to poprawia humor szybciej niż hasło „darmowa dostawa”.
Dlaczego kochamy guilty pleasure?
Bo są ludzkie. Pozwalają odpuścić kontrolę, zrezygnować z bycia wiecznie „na poziomie” i po prostu dobrze się bawić. W świecie pełnym rankingów, opinii i niekończących się porad, guilty pleasure przypomina, że przyjemność nie musi być ani wysoka, ani niska — wystarczy, że jest nasza. I właśnie dlatego tak chętnie wracamy do ulubionych filmów, piosenek czy przekąsek. To małe rytuały, które działają jak miękki koc dla zmęczonej głowy.
W dodatku guilty pleasure świetnie łączy ludzi. Kiedy przyznasz się, że po cichu uwielbiasz pewien kiczowaty film albo masz słabość do konkretnej piosenki z radia, nagle okazuje się, że rozmówca też to zna. I już nie ma wstydu — jest wspólne przewracanie oczami i śmiech. A śmiech, jak wiadomo, najlepiej smakuje z odrobiną absurdu.
Podsumowując, guilty pleasure to nie grzech, lecz prywatna mapa małych radości. W filmach, muzyce i jedzeniu objawia się jako zachwyt nad tym, co proste, chwytliwe i trochę niepoważne. I właśnie dlatego jest tak potrzebne. Bo czasem zamiast udawać eksperta od kultury i dobrego smaku, wystarczy włączyć ulubiony hit, zamówić pizzę i bez wyrzutów sumienia cieszyć się chwilą. W końcu życie jest zbyt krótkie, żeby nie mieć swoich małych słabości.
Źródło: https://fashionistki.pl/guilty-pleasure-w-popkulturze-filmy-muzyka-i-seriale-ktore-kochamy/